Desperacja Palikota

Janusz Palikot może próbować fałszować rzeczywistość. Może wmawiać nielicznym już członkom Twojego Ruchu, że jeszcze się odrodzi, że to nie koniec, ale dopiero początek, powrót do korzeni. Może udawać, że pomysł tworzenia partii o centrolewicowym charakterze nabierze nowego rozpędu. Bolesna dla Palikota prawda jest taka, że projekt, który rozpoczął 4 lata temu ani nie nabierze rozpędu, ani nie będzie wieczny. Właśnie się kończy.

Wybory do europarlamentu okazały się początkiem końca formacji kierowanej przez Palikota. Wynik poniżej oczekiwań i natychmiastowy rozpad koalicji środowisk, które miały potencjał i mogły tworzyć w przyszłości nową formację. Potem było już tylko gorzej. Kolejni posłowie rezygnujący z członkostwa, coraz mniejszy klub a w końcu odejście Andrzeja Rozenka z grupą posłów i działaczy Twojego Ruchu. Z ponad 40 osobowego klubu pozostało 12 osób a klub parlamentarny zamienił się w koło. Czy można było sobie wyobrazić aż tak dramatyczną porażkę i jednocześnie upokarzającą?

Dziś trudno sobie wyobrazić, by Janusz Palikot zdołał odzyskać pozycję trzeciej siły na scenie politycznej. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie, aby udało mu się uzyskać w wyborach prezydenckich wynik, który pozwoli mu myśleć o kupczeniu po wyborach uzyskanym politycznym kapitałem. Jeszcze trudniej wyjaśnić, choć zrozumieć łatwiej, dlaczego Janusz Palikot w tak trudnym dla siebie czasie, wypisuje na swoim blogu najzwyklejsze bzdury. Pisze On bowiem, że: „A ja uważam (i jako prezydent dążyłbym do tego z całych sił), że patriotyzm to właśnie nie przelanie żadnej kropli polskiej krwi, a nawet obronienie każdego mostu, każdej drogi, każdego domu. To jest patriotyzm i ostatecznie niech padną te mocne słowa: lepiej się poddać, niż dać wymordować i zrujnować.” (wpis: Nigdy więcej wojny, www.natemat.pl, 7.3.2015). Szkoda czasu na wykazywanie bezsensowności stosowanej retoryki w całym tekście opublikowanym przez Palikota. Szkoda też czasu, na polemikę z prostymi błędami historycznymi i tezami, które sprowadzają się do jednego: wszystkiemu winna prawica. Banalne i proste i służące jednemu. Odsunięcie publicznego dyskursu od spraw wewnętrznych Twojego Ruchu, kłopotów z ZUSem (prawdziwych bądź nie, ale mających już swoją dynamikę w publicznym odbiorze) i wrzucenie tematu, który „zaskoczy”. Musiał być jedynie na tyle kontrowersyjny by mówiąc Palikot, nie mówiono już o polityku przegranym, ale najdelikatniej rzecz ujmując kontrowersyjnym.

Być może przedstawiając się jako polityk, który w polityce zagranicznej chce prezentować politykę kolankowo-łokietkową, zwłaszcza wobec wszelkiego militarnego zagrożenia, wierzy, że uda mu się zmienić wokół siebie dyskurs. Jest to skądinąd wielce prawdopodobne. Jednak obierając kurs na populizm podlany nie małą nutą niechęci czy wręcz ślepą nienawiścią do wszelakich form patriotyzmu rozumianego jako nie tylko troskę o budowę nowych dróg, fabryk, ładu gospodarczego i rozwoju wkracza na drogę retoryki, którą można określić mianem nowoczesnego poddaństwa. Kandydat na prezydenta, który w czasie kampanii wyborczej ogłasza, że w przypadku zagrożenia zbrojnego de facto otworzy granice dla obcych wojsk jest po prostu nieodpowiedzialny i tylko zachęca do przemarszu obcych wojsk przez Polskę a być może do dłuższego postoju. Inna sprawa to ciekawe czy taki prezydent pełniłby wówczas swoje funkcje czy może raczej byłby prezydentem na uchodźstwie wylegującym się w cieniu palm na Hawajach.

Na szczęście szanse Palikota na sukces są niewielkie. Tak jak niewielkie są szanse na przekonanie Polaków, by w obliczu zagrożenia z otwartymi ramionami witali potencjalnych agresorów oddając im swoje domy, oszczędności, rodziny etc. By zachowali się jak Palikot. By zachowali się jak tchórze.