Po co nam Prezydent? Czy można żyć bez żyrandola?

Mimo ogromnego społecznego zaplecza Prezydent w Polsce nie ma realnej władzy. Nie prowadzi bieżącej polityki, nie odpowiada za politykę gospodarczą i nie ma znaczącego wpływu na codzienne życie Polaków. A jednocześnie poprzez wybór w bezpośrednich wyborach ma społeczny potencjał jakiego nie posiada żaden inny polityk. Miejsce prezydenta w polskim systemie prawnym jest wypadkową systemów stricte prezydenckiego i gabinetowo-parlamentarnego. I tak naprawdę nie wiadomo po co nam prezydent?

Można się zżymać na słowa Donalda Tuska, kiedy zapytany czy chce być prezydentem Polski odpowiedział, że nie chce być „strażnikiem żyrandola”. Jednak trudno choć w części odmówić racji byłemu premierowi. Zresztą obecna kampania prezydencka wyraźnie pokazuje, że żadna z poważnych partii politycznych nie zdecydowała się na wskazanie lidera. To jasny sygnał, że nie są to wybory istotne z punktu widzenia kreowania rzeczywistej polityki (nie odnosi się to bezpośrednio do PO, choć kandydatura Bronisława Komorowskiego startującego w wyborach 5 lat temu również nie była kandydaturą lidera partii rządzącej. Ten wolał być premierem). PiS stawia na mało znanego polityka Andrzeja Dudę, PSL na jeszcze mniej znanego marszałka województwa świętokrzyskiego a SLD na….dr Magdalenę Ogórek. Znaną z tego, że niewiele mówi. Jedynie Twój Ruch zdecydował się na start lidera partii jednak bardziej dla próby ratowania ugrupowania, które ma coraz mniejsze szanse na przetrwanie w parlamencie, aniżeli w wierze w jakikolwiek sukces podczas majowych wyborów.

Być może dlatego, z racji słabości przedstawionych kandydatur, dla których pierwszym sprawdzianem będzie konieczność zebrania 100 tysięcy podpisów, obecna kampania jest mało ekscytująca i skupia się na wpadkach lub błyskotliwych wypowiedziach jednego z dwóch głównych kandydatów. Pewne niezdrowe zainteresowanie wzbudza też kandydatka SLD a to z racji niespotykanej u polityków urody a także niespotykanej wśród polityków niechęci do dzielenia się swoimi przemyśleniami z dziennikarzami. Pozostali kandydaci to już tylko folklor, który choć momentami zabawny będzie stanowił tło dla wcześniej wymienionej dwójki głównych kandydatów i dla których sukcesem będzie już choćby zebranie wymaganych podpisów.

Koszt wyborów prezydenckich w 2010 roku to 121 milionów. Zapewne w tym roku będzie to podobna kwota. Dobra kampania, na którą zapewne pozwolą sobie jedynie sztaby Komorowskiego i Dudy to 10 milionów na kandydata. Koszty utrzymania kancelarii prezydenckiej w skali roku to około 170 milionów złotych. To środki, które zapewne można wydać, jeśli nie lepiej to inaczej. Zwłaszcza jeśli idąc tokiem myślenia byłego premiera służą jedynie na pilnowanie żyrandola.

Dlatego warto się zastanowić czy prezydent z obecnymi uprawnieniami musi być wybierany w wyborach powszechnych. W Niemczech wyboru dokonuje parlament. Podobnie może być w Polsce. Tym bardziej, że choćby Wojciech Jaruzelski został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe.

Po drugie, przy mniejszych kompetencjach, sprowadzonych rzeczywiście do funkcji reprezentacyjnych, oddając pełnię władzy parlamentarnemu gabinetowi, rola kancelarii prezydenckiej również ulega zmianie i zmniejszeniu. To będzie generować mniejsze koszty a w konsekwencji większe środki w budżecie państwa.

I wreszcie po trzecie, być może nie należy bać się likwidacji urzędu prezydenta. Skoro toczymy dyskusję o zasadności istnienia senatu, a rozpoczęła ją swoją akcją 4xTAK Platforma Obywatelska, to czemu nie zacząć dyskusji o potrzebie istnienia w polskim systemie politycznym urzędu prezydenta. To i oszczędność na organizacji kampanii i na samym utrzymaniu prezydenta i jego otoczenia.

Żyrandol na Krakowskim Przedmieściu ma zapewne wielką wartość. Czy jednak musi go pilnować prezydent? Może lepiej wynająć ochronę za mniejsze pieniądze, a pełnię władzy wykonawczej skumulować w rękach premiera. Być może będzie prościej a zapewne taniej.